Spływ kajakowy po Nidzie 04.09.2016
„Nida to rzeka, która urzeka. Gdyby tylko była ciut głębsza”.
"Spływy kajakowe zawsze działały na mnie magicznie. Nie umiem tego w żaden sposób wytłumaczyć. Po prostu urzeka mnie ta ciągła przygoda, kiedy pokonuję kilometry wody, odkrywam tajemne przejścia wśród sitowia, zastanawiam się co będzie za następnym zakrętem i podziwiam otaczającą mnie przyrodę. Czuję się taki mały przy jej potędze i jednocześnie taki wielki, że tego doświadczam".
Opis spływu
Pobudka
Godz. 7.30 rano, otworzyłem jedno oko i szybko zapragnąłem je zamknąć. Wszak była niedziela czyli spanie do woli. Nic z tego. Przecież jedziemy na spływ! Ciału się jednak wstawać nie chciało, więc musiałem je zmusić własnym autorytetem ducha. Jakoś poszło, choć opornie. Po prostu wstyd mu się zrobiło i podreptało za mną do łazienki.
Rychło w czas, bo sunia też już zaczęła pobudkę, a to oznacza z reguły szybkie wyjście na siusiu, no a ja przecież nadal w proszku byłem. Rytualne, poranne przywitanie oddaliło na chwilę perspektywę spaceru, więc szybko wlazłem pod prysznic.
Po kwadransie byłem gotowy wypuścić psa na łono trawnika. Na szczęście Cindy uwinęła się szybko z toaletą, a my jeszcze szybciej ze śniadaniem i z 20-minutowym opóźnieniem wyjechaliśmy na podbój Nidy. Piloci w takich sytuacjach mówią do pasażerów, że "nadrobią w powietrzu". My nadrobiliśmy na ziemi, bo przecież Asia to znakomity kierowca, a nasza "RAV-ka" to najlepszy samochód świata :)
Zbiórka i wodowanie kajaków
Podróż do Brzegów upłynęła nam baaardzo spokojnie, sunia tylko raz poprosiła o przystanek na siusiu. Nastąpiła zgrabna zmiana miejsc i za kierownicą zasiadła Asia, która bezpiecznie dowiozła nas na miejsce kilkanaście minut po 11.00 czyli w normie.
Miejsce zbiórki to śliczna polana: z jednej strony las, a z drugiej rzeka. Na środku polany stolik pod parasolem słonecznym. Krótka odprawa między trzema osobami (organizator, Cindy i ja), a po 5 minutach byliśmy gotowi do wodowania kajaków. Przed nami do pokonania było 15 km.
Cindy była tak cała podekscytowana siedzeniem w kajaku, że pierwszy kwadrans na wodzie upłynął nam przy akompaniamencie jej donośnego szczeku. Na szczęście szybko się przyzwyczaiła do niecodziennego widoku i znalazła właściwe miejsce w kajaku. Trochę baliśmy się czy nie będzie jej za gorąco, bo słońce dawało nieźle do pieca. Na wszelki wypadek często polewałem ją wodą, a sunia sama chłeptała sobie wodę zza burty od czasu do czasu. W drugim kajaku wygodnie na przedzie ulokowała się Asia, a z tyłu gostek z wielkimi chęciami i potencjalnymi możliwościami wiosłowania czyli jej syn, Wojtek.
Pierwszy przystanek
Pierwsze pięć kilometrów trasy upłynęło nam na rozkoszowaniu się przyrodą, która z obu brzegów nachylała się ku nam zielonymi, bujnymi trzcinami, jakby chciała zwrócić uwagę, kto tu gospodarz. Niestety z czasem zaczęły się pojawiać mielizny rzeczne, co oznaczało wyjście z kajaka i przepchnięcie go parę metrów w głębsze rejony. Stan wody na Nidzie był tragicznie niski: w niektórych miejscach było to zaledwie 10 cm!
Po ok. 1,5 godz. płynięcia naszym oczom ukazały się zabudowania dawnej fortalicji Sobków. Licznie zgromadzone kajaki przy spontanicznie utworzonej przystani były jasnym dowodem na to, że w tym miejscu należy się zatrzymać. Całkiem sprawnie dobiliśmy do opuszczonego pomostu i razem z Wojtkiem wtaszczyliśmy nasze kajaki na naznaczone znakiem czasu zmurszałe deski. Rychło w czas, bo za nami przybijali do brzegu kolejni spływowicze.
Fortalicja z XVI wieku i kłopoty z grillem
Trzeba przyznać, że miejsce robi wrażenie. Fortalicja najlepsze czasy ma wprawdzie dawno za sobą, ale jest dobrze zorganizowana pod turystów, którzy mają tu do dyspozycji parkour konny, restaurację, a nawet pokoje gościnne. Tuż przy rzece zorganizowano murowany grill i ławki pod dużym, okrągłym namiotem. Skorzystaliśmy z tej opcji i rozstawiliśmy nasze dwa jednorazowe grille oraz jedzenie na ruszt i picie. Cindy usadowiła się w namiocie, w upragnionym cieniu i dostała swój lunch.
Pomysł z jednorazowym grillem nie wypalił: niestety podpałka w pudełku była już bardzo zeschnięta. Na szczęście mieliśmy w ekipie harcerza Wojtka, który przesypał węgiel do murowanego grilla, nazbierał chrustu i ... dał ognia. Zjedliśmy kiełbaski z bagietkami, popiliśmy wodą i ruszyliśmy dalej w drogę. Czas zaczął nas troszkę gonić.
Stare Kotlice i powrót do domu.
Pozostałe 10 km szlaku upłynęło nam na zmaganiu się z coraz liczniej występującymi mieliznami. Tuż przed wpłynięciem na najładniejszy, leśny odcinek spływu zatrzymaliśmy się na kąpiel. Słońce zaczynało już ostro dopiekać, a że powoli zaczęło się chylić ku zachodowi, była to ostatnia chwila by zanurzyć się w Nidzie. Było bosko!
Do końca pozostał nam najpiękniejszy, leśny odcinek spływu. Piaszczyste, strome brzegi oddzielały Nidę i nas od ściany iglastego lasu. Wyglądało to pięknie, wręcz majestatycznie. Wreszcie dostaliśmy trochę cienia, bo dorodne sosny dobrze zasłaniały słońce, które jednak nie dawało za wygraną i uparcie przeszywało promieniami korony drzew.
Po godzinie takiej jazdy ujrzeliśmy metę spływu. Z prawdziwym żalem wychodziliśmy z wody, choć zmęczenie po kilkugodzinnym siedzeniu w kajakach dawało znać o sobie. Było to jednak miłe zmęczenie. Spędziliśmy fajny dzień, z super pogodą i blisko przyrody. W dobrych humorach zapakowaliśmy się więc do auta, które przewiozło nas z powrotem na miejsce startu, gdzie czekała na nas RAV-ka.
Podsumowanie
W skali 1-6 daję 5+ i od razu śpieszę z wyjaśnieniem, dlaczego nie ma maksa. Byłaby szóstka, gdyby nie mielizny rzeczne. Sorry, ale to musi nieznacznie obniżyć ocenę. Niby niczyja to wina, bo to przyroda nawaliła, ale co z tego? Jakość spływu trochę przez to spadła.
Poza tym perfetto. Organizacja, dojazd, sam spływ, uczestnicy, no i - last, but not least - czyli pogoda. Co prawda z góry wiedzieliśmy, że dopisze, tym nie mniej jej brak robiłby różnicę (o ile w ogóle byśmy wtedy pojechali). No i woda w rzece. Czysta! Po prostu rewelacja!
Asia udowodniła sobie, że bliskie obcowanie z przyrodą bez pięciu gwiazdek jest możliwe. Robiła wprawdzie, co mogła by te gwiazdki były, dlatego część spływu odbyła wirtualnie w Anglii łącząc się w tym celu specjalną linią satelitarną z Manchesterem na przeszło godzinę. Przyznam, że ją za to podziwiam: mnie by dawno ucho odpadło. Asia to jednak przede wszystkim znakomity pomocnik, który przygotował przepyszne jedzenie i ogarniał czujnym wzrokiem całe towarzystwo, by się nie potopiło.
Wojtek z kolei wreszcie mógł w spokoju oddać się niekończącym rozmowom o biznesie. A ponieważ miał "zaklepanego" słuchacza w kajaku na co najmniej parę godzin, więc skorzystał z tej okazji wybornie. Ciekawe, kto z tej rozmowy więcej wyniósł? Przekonamy się zapewne wkrótce. Poza tym znakomicie rozpala grilla i jest zawsze chętny do pomocy.
Cindy spisała się na medal, choć początki miała trudne: minęło dobre kilkanaście minut, zanim przywykła do kajaka. Za to potem wygodnie się w nim ułożyła, pociesznie wisząc łebkiem za burtą i co raz zaczepiając jęzorem o taflę wody. Kąpać się niestety nie chciała, a przecież w tym czarnym futerku było jej z pewnością gorąco.
A sam autor? Rewelacja owkors! Brakowało mi tylko Zosi i Michaela, ale żyję wciąż nadzieją że któryś z kolejnych spływów stanie się ich udziałem. Wielkie dzięki dla wszystkich obecnych na wycieczce. Byliście wspaniali! Do zobaczenia na kolejnym kajakarskim szlaku!
